Yerba mate z urugwajskich plantacji: ambitne plany, czy realne?

Wedle statystyk, przeciętny Urugwajczyk konsumuje rocznie aż 10 kg yerba mate. W żadnym innym kraju na świecie współczynnik ten nie osiąga wyższych wartości. Dziwi zatem fakt, iż Urugwaj nie ma warunków do uprawy ostrokrzewu, a susz importuje się przede wszystkim z Brazylii. W ostatnich latach pojawiło się jednak sporo ambitnych projektów naukowych, dzięki którym w przyszłości mają powstać urugwajskie plantacje yerby. Czy to tylko mrzonki? A może śmiałe zamierzenia faktycznie mają szansę realizacji? Zapraszam do lektury!

yerba mate misiones argentina
Plantacja w Misiones w Argentynie. Być może za jakiś czas w Urugwaju uświadczymy podobnych widoków…

 

Rynek kontrolowany z zewnątrz

Niezmienne od lat ogromne spożycie yerba mate przekłada się na spore zyski producentów suszu. Niestety, ze względu na brak plantacji w kraju, Urugwajczycy są całkowicie uzależnieni od importu. Ostrokrzew paragwajski to dość wymagająca roślina, której plantacje rozwijają się tylko w określonym położeniu. Kluczowa jest duża wilgotność terenu zapewniana przez gęste tropikalne lasy.  Obecnie, najbardziej sprzyjające warunki panują na pograniczu Argentyny, Brazylii i Paragwaju, czyli co najmniej 300-400 kilometrów na północ od górnych krańców Urugwaju. To właśnie tam zlokalizowane jest najwięcej plantacji yerba mate i to tamtejsi producenci rządzą mateistycznym rynkiem. Dostępność i cenę podstawowego w urugwajskich domostwach produktu dyktują zatem Brazylijscy przedsiębiorcy. Aż 95% importowanej do Urugwaju yerba mate pochodzi właśnie stamtąd.

Ostrokrzew ofiarą urbanizacji

W przeszłości było jednak inaczej. Jeszcze 300 lat temu tereny kraju pokrywały gęste tropikalne lasy. Występowało w nich wiele unikatowych gatunków zwierząt i roślin, pośród których istotne miejsce zajmował ostrokrzew. Choć skala upraw nigdy nie była duża, poczciwy Illex Paraguariensis przez pewien czas cieszył się sławą ważnego urugwajskiego produktu eksportowego. Nic innego jak yerba mate i lapacho promowały stanowisko Urugwaju podczas wiedeńskiej wystawy światowej w 1873 roku. Wkrótce jednak miało dojść do nieodwracalnych zmian. Przełom XIX i XX stulecia to na całym globie czas gwałtownej ewolucji życia społecznego. Demograficzny rozkwit i urbanizacja, jakie się z nią wiązały, nie byłyby możliwe bez znacznej ingerencji człowieka w ekosystem. W przypadku Urugwaju, ofiarą postępu padła bujna tropikalna dżungla. Na jej miejscu jak grzyby po deszczu wyrastały fabryki, kopalnie i nowe osiedla. Dopełnieniem była gigantyczna inwestycja w postaci sieci elektrowni wodnych, co wymusiło wykarczowanie ponad 200 tysięcy hektarów lasu. Kraj zaczął się bogacić, a poziom życia konsekwentnie wzrastał. Każda rewolucja niesie za sobą ofiary. Wylesianie przyniosło nieodwracalne zmiany. Klimat stopniowo stawał się coraz bardziej suchy, w wyniku czego lubiący wilgoć ostrokrzewu utracił pierwotne warunki rozwoju. Nie wpłynęło to na zamiłowanie Urugwajczyków do yerba mate. Spożycie zielonego naparu pozostało na równie wysokim poziomie. Od tego czasu, mateizm jest całkowicie uzależniony od importu z zagranicy.

„Musimy sadzić” – czy to w ogóle możliwe?

“Czy w Urugwaju wyrośnie jeszcze kiedyś ostrokrzew?” – od kilkudziesięciu lat dyskusje na ten temat co jakiś czas wracają na łamy prasy i ekrany telewizorów. Ostatnio spory szum medialny rozpętał się w 2013 roku, gdy cena kilograma brazylijskiego suszu podskoczyła o niemal 50%. Alternatywa z Argentyny? To nie takie proste. Urugwajczycy ukochali sobie zielone mieszanki z kraju samby, inne interesują ich w znikomym stopniu. Sytuacja stała się napięta do tego stopnia, że głos w sprawie zabrał nawet sam prezydent. Słynny lewicowiec José Mujica ujął sprawę krótko: “Musimy sadzić”. Tylko czy to jest w ogóle możliwe? Pierwsi byli naukowcy z ogrodu botanicznego w Montevideo. Projekt porzucono. W latach 60. gorącym lobbystą idei powrotu do kultywacji był pisarz i dziennikarz Julio César Da Rosa. Postulował przeprowadzenie dokładnej analizy finansowanej z publicznych pieniędzy. Mimo ambitnych planów, przez brak funduszy inicjatywa została szybko wygaszona.

Nowa nadzieja?

W tym roku temat po raz kolejny poruszył opinię publiczną. Wszystko za sprawą Raúla Nin, siedemdziesięcioczteroletniego inżyniera rolnictwa z uzdrowiskowa La Paloma na wschód od stolicy. Wraz z żoną od kilku dekad kierują dość ambitnym projektem. Odwiedzają tereny najmniej dotknięte ingerencją człowieka i prowadzą obszerną dokumentację na temat tamtejszej flory, zbierają próbki. Wszystko po to, by na ich podstawie odtworzyć warunki naturalne panujące niegdyś w urugwajskiej dżungli. Choć dla wielu naukowców działania małżeństwa jawią się jako syzyfowa praca, Raúl Nin i jego żona wykazują się niezłomnością i wielką konsekwencją. W środowiskach uniwersyteckich mają też i sojuszników, w tym choćby rektora Uniwersytetu Republiki Roberto Markariana. Zaangażowani w inicjatywę zdają sobie sprawę, że stworzenie dużych plantacji, które zastąpiłyby import to bardzo odległa perspektywa. Inspirują ich popularne w Argentynie akcje zalesiania wyjałowionych wcześniej terenów. Takie działania traktują jako punkt wyjścia i wierzą, że z czasem możliwa będzie odbudowa dawnego ekosystemu, co umożliwi powrót ostrokrzewu. I choć świetnie zdają sobie sprawę, że pewnie nie dożyją pierwszych urugwajskich zbiorów, nie mają zamiaru się poddawać.

 

Dodaj komentarz